Echa minionego gigu: Wardruna, Kaunan

Doświadczyłem absolutu. Nie mam pojęcia, ile czasu upłynie, nim jakiś koncert choćby zbliży się do tego, co zaserwowano nam w Zabrzu w ten październikowy wieczór.

Na wstępie garść ciepłych słów zdecydowanie należy się miejscówce, bo na całościowe wrażenia miała ona wplyw niebagatelny. Już sam fakt, że na parkingu mili panowie ze świecącymi kijaszkami kierowali przyjezdnych na wolne miejsca, dobrze mnie nastroił, bo przywykłem raczej do frustrujących łowów postojowych i zżymania się, że „taki kawał drogi trzeba dylać”. Miło i przyjemnie, a to ino parking 🙂 Dalej było tylko lepiej. Niemal od samego wejścia do Domu Muzyki i Tańca miałem poczucie uczestnictwa w czymś o wiele większym niż koncert. Oj tak, klimatyczne wnętrze obiektu zdecydowanie podkreślało rangę wydarzenia i dawało wyraźny sygnał, że „będą działy się rzeczy”.

A działy się.

Dodam jeszcze tylko, że obsługa była superkulturalna, a kolejki do szatni i toalet odpowiednio: znikome i bardzo znośne. Jak sami widzicie, naprawdę zrobili wszystko, żeby się człowiek mógł cieszyć iwentem 🙂

Echo 1: Kaunan

Folkowe trio, w którego skład wchodzi lider jakże popularnego u nas zespołu Faun.

Ot, sympatyczne nordyckie granie. Nie oszukujmy się, na dłuższą metę to nie do końca moja bajka, ale muszę przyznać, że występ całkiem całkiem. No i zawsze fajnie posłuchać sobie tak nietypowego instrumentarium.
A poza tym duży plus za fachowe wdzianka 😉

No i warto odnotować, że gra tam Arkadiusz Jakubik.

Taki oto swojski utwór 😉

Echo 2: Wardruna

Pamiętacie może, jak to przy okazji solowego występu Einara zachwycałem się doskonałym wokalem lidera Wardruny. No właśnie. A tutaj śpiewał praktycznie cały zespół.

Wokale cudowne, instrumenty bezbłędnie nagłośnione. Za taką ucztę muzyczną cztery gwiazdki Michelin. Albo i pięć.

Do tego doszła niebywała gra świateł – czegoś takiego chyba nigdy nie widziałem, a widziałem już naprawdę sporo… Te cienie rzucane na ścianę – czysta magia.

Czy miało to wszystko wymiar rytualny? Jak najbardziej! Gdy pierwszy raz pojawił się efekt stroboskopowy, dosłownie rozdziawiłem gębę i tak siedziałem, dopóki nie przyszło mi do głowy, że chyba wypadałoby ją zamknąć. Każda z postaci widoczna była jedynie na ułamek sekundy, co w połączeniu z  dotykającymi do żywego, totalnie pierwotnymi dźwiękami oraz potęgującymi niesamowitość monstrualnymi cieniami… cóż… przeniosło mnie w jakieś bardzo odległe miejsce, które z całą pewnością nie było zabrzańską salą koncertową.

Owacja na stojąco to całkiem wymierny dowód na to, że nie byłem w swoich odczuciach odosobniony. I chyba Einar też był pod wrażeniem tak doskonałego przyjęcia, bo zabisował ponoć po raz pierwszy ever. I tak to mogliśmy wysłuchać jeszcze Snake Pit Poetry.

Doskonale pamiętam rozmowę, jaką odbyłem już po tym wszystkim, stojąc na schodach przed wejściem. I w pełni się zgadzam ze wszystkim, co wtedy usłyszałem. Bo faktycznie należy się cieszyć, że wszelkie krucjaty oszołomów (przynajmniej póki co) trzymają się z dala od tego typu imprez, „obcych kulturowo i wyznaniowo”… A przecież tu naprawdę otwiera się brama do całkiem nowego wymiaru duchowości.
Czego i Wam, i sobie życzę jak najczęściej 😉