Echa minionego gigu: Soulstone Gathering 2017 | Warm-Up Party

Dziś startuje impreza właściwa, a ja podzielę się wrażeniami z rozgrzewki.

Trzeba przyznać, że ekipa Soulstone Gathering w przygotowanie tego eventu włożyła ogrom pracy. Naprawdę ogrom. Postawili całkowicie na klimat, budowany przez dopracowaną w każdym calu warstwę wizualną… oraz egipskie ciemności (dla fotografa horror, dla publiki chyba fajnie).

To po kolei… Do filarów przymocowano dwie podobizny tych zakapturzonych typów, których możecie kojarzyć z plakatów soulstone’owych – a jeszcze każda z postaci miała podświetlane ślepia (kolory się zmieniały!), co tylko potęgowało efekt. Centralnie na wprost sceny wisiała rozgałęziona wariacja na temat logotypu SG (w pierwszej chwili myślałem, że to jakieś poroże :D). I wreszcie gwóźdź programu: na tej dekoracji oraz, rzecz jasna, na ekranie za sceną wyświetlane były wizualizacje. I to nie byle jakie… Z ręką na sercu: jedne z najlepszych, jakie w życiu widziałem. Mega propsy dla Bogny z Vortex Visual Design, specjalnie zaprzągniętej do współpracy przy tym minifeście. Na fotkach starałem się oddać im sprawiedliwość, więc jeśli nie widzieliście na żywo, macie tu jakąś tam namiastkę.

No a wspomniany mrok może i nadawał odpowiednio onirycznej atmosfery, ale też chyba sprawiał muzykom lekkie problemy, bo na scenie również światła było tyle, co kot napłakał. I to kot z rodzaju tych średnio smutnych. Ale jako że Warm-Up Party było też swego rodzaju poligonem, chłopaki z pewnością wiedzą już co zdało egzamin, a gdzie jest ten wspaniale korporacyjny room for improvement 😛

A muzycznie jak? Generalnie bardzo dobry poziom, szkoda tylko, że nie udało się w pełni okiełznać nagłośnienia. Czasem bywa i tak 🙂 Dodam jeszcze ino, że dla mnie osobiście sześć gigów w jednym rzucie to absolutny max, bo potem wkrada się zmęczenie materiału i ciężko docenić choćby i najfajniejszą nutkę. Ale odpowiednio zróżnicowany zestaw kapel w pełni pochwalam 🙂 Było stonerowo, było sludge’owo, było psychodelicznie oraz było doomowo – tak jak pan Jezus powiedział.

No, a teraz już ad personam.

Echo 1: Diuna

Odpalając singlową Śmierć w czerwcu, totalnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. A gdy okazało się, że to naprawdę fajnie bujający stoner, z pomysłem i należycie odjechaną otoczką, wiedziałem, że nie chcę się spóźnić na otwarcie Warm-Up Party.

I była to decyzja ze wszech miar słuszna, bo panowie doskonale wykorzystali czas, jaki mieli do dyspozycji. Muzycznie tylko potwierdzili dobre wrażenia, jakie zostawiła próbka ich nadchodzącego debiutu – a jak do tego dołożymy fajną energię na scenie oraz niezły, charakterystyczny wokal, to otrzymamy bardzo przyjemny występ.

Czekam na więcej.

Echo 2: Inverted Mind

Z całego zestawu to właśnie ekipa z Krakowa najbardziej odpowiadała mi muzycznie. Zanurzyli się w obłokach dymu i odpalili ten swój posępny walec.

Wyszło przynajmniej równie dobrze jak w styczniu w Alchemii – a wtedy podobało mi się max. Niepokojące, chropowate dźwięki chyba zawsze będą miłe mojemu sercu, więc raczej nie mogłem się zawieść. Warto odnotować premierę nowego kawałka (fajny, śpiewy jakieś się jawią) oraz małe lampki, które sprawiły, że chociaż w trakcie tego jednego koncertu wizualizacje nie były jedynym źródłem światła… 🙂

Tytułowy z ostatniej płyty.

Echo 3: Purplehaze Ensemble

Pierwszy gig po bodaj trzyletniej przerwie, ale jakoś nie było widać tego rozbratu ze sceną.

Poleciał tylko i wyłącznie nowy, oficjalnie nigdzie nie zarejestrowany materiał – taki mix stonerowo-noise’owo-sludge’ujący, bez darcia ryja. Nawet to spoko. Posłuchałem, nóżką przytupnąłem raz i drugi.

Utworu żadnego nie zamieszczam, gdyż albowiem nowy materiał w internetach nie istnieje, a stary ma się nijak do tego, co zagrali, więc bez sensu… 🙂

Echo 4: Sinoptik

Koncert Ukraińców to zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów wieczoru.

Mocno psychodeliczne kompozycje, zaraźliwy entuzjazm na scenie, świetny kontakt z publicznością. No i stoner w bardzo nowoczesnym ujęciu, czyli zawsze mile widziany powiew świeżości na scenie, która ostatnimi laty trochę się nasyciła.

I czapka perkusisty rządzi.

Proszę:

Echo 5: O.D.R.A.

Najcięższy koncert imprezy rozgrzewkowej.

Proste strzały, czysty konkret z miażdżącymi riffami i opętańczym wrzaskiem. Bach, bach, bach – tu nie było miejsca na chwilę odprężenia. Faktycznie zabrzmiało to dość potężnie. Ja może i nie oszalałem ze szczęścia, bo jednak wolę nieco inne podejście do sludge’u, ale publika raczej była usatysfakcjonowana… a to najważniejsze 🙂

Zaczęło się tak:

Echo 6: Spaceslug

Jakże ja żałuję, że przez pierwszą część koncertu wokale były prawie niesłyszalne… Gdyby nie ten szkopuł, chyba mielibyśmy tryumfatora.

Ale na podium i tak panowie się plasują 🙂

Kawał solidnego stonerdoomu, metodycznie wgryzającego się w umysł słuchacza. Świetnie to płynie, a dzięki ciekawym psychodelicznym manewrom absolutnie nie nuży. Czekam na kolejny gig, bo to niewątpliwie kapela, którą chcę jeszcze obadać.

Zabrzmiało, na przykład, takie coś:

Echo 7: Weedpecker

No i po tych wszystkich mniejszych lub większych wygibasach przyszła pora na chill absolutny.

Taki to właśnie jest Weedpecker. Malują te swoje halucynogenne pejzaże i nie ukrywam, że robią to z ogromnym wyczuciem. Bardzo przyjemnie się tego słucha.

Szkooooda tylko, że zagrali tak późno, bo już naprawdę zmęczenie wzięło górę i ewakuowałem się przedwcześnie… Jak już wspominałem wcześniej: pięć – sześć kapel to dla mnie optimum na jedniodniowy fest.

PS A poza tym tak się złożyło, że z muzykami Weedpecker żarłem wcześniej bdb jedzenia w okolicznym lokalu (oni stejki, ja burgera z jajkiem sadzonym – om nom nom) i mogę oficjalnie potwierdzić, że przy stole też się potrafią zachować. Dziękuję za uwagę.

Generalnie impreza bardzo udana. Miała zaostrzyć apetyt na danie główne i wydaje mi się, że z zadania wywiązała się należycie. Tylko tak dalej, panowie!